RSS
sobota, 03 grudnia 2016

Otwiera się brama, potem zamyka za nami... Jesteśmy więc na jakimś zamkniętym, strzeżonym terenie, bezpiecznym. Jest ciemno, więc słabo widzimy okolicę, na zwiedzanie będzie czas jutro... 

Wchodzimy do domku. Wita nas obiecany pies, czarny jak ta noc cocker spaniel. Równie uroczy, co cuchnący. :D Dzieciaczki ogarniam, mężowski pomaga w kuchni naszej Fince, a ja przeżywam chwilę zazdrości, w sensie takiej, że mnie tak ochoczo w kuchni nie pomaga (na tamten czas!)... Zaraz jednak sytuacja się wyjaśnia (pomóż mi, ja wszystko zrobię, idź pokroić tą paprykę i cukinię xD)

Jemy przepyszny ryż z warzywami. Sekret tkwi w przyprawach, i sosie - to coś białego lecz bez mlecznego, stawiam, że kokos. Organizujemy spanie, i cieszymy się ciepłym wieczorem. :>

Nazajutrz poznajemy lepiej naszą okolicę. Największy 'balkon' życia. Tarasy, basen, boisko, drzewka pomarańczowe, oliwkowe, awokado i mango. Mamy przepiękny widok, na wprost Calamorro, po prawej Morze Alborańskie ... Powietrze, wiatr, ciepło... Zapach. Oddycham. <3

 

Junior budzi się z totalnie zatkanym noskiem. Katarki trzymają ich obu całe dwa tygodnie. 

 

21:09, seuleriels
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 01 grudnia 2016

Buziak. Tuliś. Rozmarzony:

-A gdybym tak nauczył się gotować? ....

 

Jestem w niebie.? :>

 

 

 

p.s Tzw. pozytywna motywacja. Po powrocie z wakacji działa w kuchni więcej niż w całym swoim życiu. Widzi efekty diety. Masa rośnie, ciałko ewoluuje. 

Jeszcze ja, jeszcze ja!!! 

11:52, seuleriels
Link Dodaj komentarz »

Odbieram Juniorka ze szkoły. Jak staram się nie pytać o nic, tak tym razem wołam za nim (ZA NIM)

- Słońce ty moje, jak tam klasówka z polskiego? 

- Klasówka?! To było łatwiejsze niż zezłościć Milenkę

***

1 grudnia. Zobaczył śnieg. Dużo śniegu. Od wczoraj gada i gada, że jutro jest grudzień, wiec w drodze do szkoły:

- Dziś jest 1 dzień grudnia. To jest mój ulubiony dzień. 

11:49, seuleriels
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 29 listopada 2016

Z cyklu: mama się uczy. :-)

Trzy dni fajnych, twórczych, kreatywnych, inspirujących zajęć. Od rana do wieczora.

I tak wyedukowałam się teoretycznie i praktycznie z pierwszej pomocy, posiadłam wiedzę z zakresu przepisów prawnych niezbędną do pracy z dziećmi i chłonęłam ciekawe opowieści z życia wychowawcy wypoczynku, poznałam mnóstwo ciekawych zabaw i tricków animatorskich. I wybawiłam się wiele godzin, do bólu! Jejciuś, ależ było fajnie. :] Mam oko na drugi stopień, zbieramy grupę. ! :]


 ***

 

W piątek zrobiliśmy niespodziankę Kubciowi. Babcia przygotowała tort, my wieczorem wtargnęliśmy po pracy/szkoleniu  z prezentem. I tak świętowaliśmy te 7 latek naszego syneczka. 

Dziś za to są 5 urodziny Milci. Pomaszerowała dumnie z poczęstunkiem do przedszkola... Ja szykuję ciacho. Są też Andrzejki, więc mam w głowie kilka fajnych zabaw przy mini-disco. Będzie się działo. ! :)

 

 

Słoneczka nasze... 


09:50, seuleriels
Link Dodaj komentarz »
środa, 23 listopada 2016

Piszę, bo strasznie mi smutno. 

Bo nie mam siły. Nie mam już po prostu sił. 

Dziś się przelało. O co, o kogo chodzi? Oczywiście o Luśkę. 

Nie potrafię.

 

Kiedy nie chodzi do przedszkola jest świetnie. Naprawdę, to jest radosne, pomocne, szczere dzieciątko. 

Za każdym razem gdy wracamy z przedszkola, czasem już w szatni, czasem w drodze, a czasem dopiero wieczorem, zaczynają się cyrki. Proponujemy jej różne sposoby wyrażania złości. Jesteśmy otwarci na wszystko czego potrzebuje...

Tymczasem...

Jest złość, raniące słowa, gesty. Wystarczy zapytać lub powiedzieć cokolwiek. Albo: ja tego nie zrobię i już. Nie przyjdę. Nie posprzątam. Nie zjem. Chcę tamto tu i teraz i płacz, i ryk. Fochy, marudzenie, pyskowanie, szantaż, agresja. Stara się manewrować kłamstewkami, szybkimi obietnicami poprawy dla osiągnięcia celu, by za moment o tym wszystkim zapomnieć. Dokładnie, książkowo. Prawie trzy lata temu też chcieliśmy wzywać egzorcystę.  

Pisałam już, że nie mam siły?

Niech to już minie. Dziś straciłam cierpliwość i wszystkie inne pozytywne uczucia. Boli mnie gardło. :|

 

Pojutrze trzy dni bez niej. I naprawdę mi z tym dobrze, przyznaję. Muszę od tego odpocząć. 

21:17, seuleriels
Link Komentarze (2) »
niedziela, 20 listopada 2016

To już za nami... Kto organizuje przyjęcia w domu rozumie ile mnie to kosztowało... Wypadłam z życia. 

Ale wyszło pysznie i chyba sympatycznie, i prezenty trafione, może poza tymi ciućkami. 

Kopa udana, uff. Robiłam sama pierwszy raz, i mogę poczęstować przepisem. Jeszcze nie raz zrobię to cudo. Oczywiście nie obyło się bez przygód... Kupiłam PIERWSZY RAZ W ŻYCIU śmietanę w sprayu... Pierwszy i ostatni raz. Spłynęła w sekundę po tym jak ozdobiłam... Mężowski poleciał do sklepu po normalną, i ubijaliśmy, i cuda wianki, ale warte zachodu. :D 

 

A ja, cóż ja... Wzruszenia zaczną się w piąteczek, i będę sobie chlipać po cichutku i cieszyć się niegdysiejszymi decyzjami, dzięki którym mam takie cudeńko, i potem kolejne. Nie wiem kiedy minął ten cały czas... 7 i 5. 

21:42, seuleriels
Link Komentarze (2) »
czwartek, 17 listopada 2016

Podzielę naszą cieplutką opowieść na kilka części. Być może migawki z tej przygody zainspirują Was do podróży w tamte rejony. Będzie subiektywnie, myślę, że bez szerokich opisów. Będą wstawki z mego dzienniczka podróżniczego i zdjęcia mojego autorstwa. Muśnięcie zaledwie w porównaniu do tego, co trzeba samemu poczuć i zobaczyć, bo żadne zdjęcia, żadne opisy nie są w stanie oddać prawdy. Zapraszam. 

 

 

Przed-Dzień odlotu. 

A może wieczór przed. ? Należy zacząć od tego, że. Okej, to głupie. Skoro zaczynam od kota, muszę coś wyjaśnić. Lea pewnego dnia została nazwana przeze mnie Cipensikiem. Nie pytajcie dlaczego, i co to jest. Czasem więc kiedy mi się wyrwie w towarzystwie 'Cipi', ludzie dziwnie patrzą. Lełka to cipciak. Cipciakiem jest ktoś, kto jest po prostu leniwy, powolny, spokojny, i ma na wszystko wywalone. :-) Zatem Cipi zawieźliśmy na dwa tygodnie socjalizacji do Karolci i jej współlokatora. Karolka ma również kotkę, która w teorii takze miała być cipciakiem. Skończyło się na zapasach, machaniach łapą, lataniu futra, zadrapanym nosku, wzajemnym robieniu na złość i takich różnych. Ale ponton przetrwał. 

To był zabawny mimo wszystko czas, kiedy ją zawoziliśmy. Spędziliśmy u Karoli chyba ponad godzinę, a był późny wieczór, w przeddzień odlotu, my wciąż nie spakowani. Naprawdę. Spakowana była tylko Milcia. Było mi ciężko na sercu. Obserwowałam wzajemne podchody koteczek, śmiałam sie z gigantycznych żartów K., próbowałam zjeść pyszne ciasteczko i obiecać że ich wielki ponton przeżyje, choć Leoś to drapieżnik-DRAPIEŻNIK. Ciężko jest tak zostawić swojego ukochanego koteczka. Ale wierzyłam, że jest w dobrych rękach. I była. 

 

Fruniemy. 

To chyba najgorszy czas. Byłam strasznie zdenerwowana, bo wszystko musiało być zapięte na ostatni guzik. Chyba tak nie lubię. Podróż do Krakowa, porzucenie auta na parkingu 'balicowym'(super obsługa), podwózka na lotnisko. Ogarnianie tego wszystkiego... Gdzie, skąd, jaki numer lotu, kto ma dokumenty, kto ma wodę, zdejmowanie/zakładanie kurtek w tym całym zamieszaniu. Odprawa, synkowe przemycanie zabawek i 'gilgotki', no bo przecież chłopcy muszą wzniecić alarm. Nikt nie chce mego zaświadczenia lekarskiego, o które zawzięcie walczyłam na ostatnią chwilę. A pff. Gnamy dalej, siedzimy, jemy, nudzimy się, czekamy, zaczynamy wydawać dużo pieniędzy i w końcu pokazujemy paszporty, jedziemy autobusem i ładujemy się do samolotu. Można odetchnąć, teraz nastąpi 3 i pół godziny względnego spokoju. 

 

Dzieciaki zniosły swój pierwszy lot różnie. Luśka siedziała przy mnie, a Kubi przed nami z mężowskim. Luś przy starcie ogromnie się chichrała, wołała braciszka i nakręcała radość. Taka jest. Miłośniczka mocnych wrażeń. Bez dolegliwości, nawet nie nudziła się. Kubi przeżył to co ja, czyli przed lądowaniem gdy zwolniliśmy znacznie, bolały nas uszy. Właściwie to kuły i to było złe. Generalnie, musiałam odespać. :]

Lecieliśmy za dnia, więc dodatkowo Mali podziwiali widoczki za oknem, przelatujące obok inne samoloty. Byli pod wrażeniem. :-)

Starałam się czytać, i przeczytałam 50 stron mimo na sekundę nie zamykającej się buźki Luśkowej.  

 


Kraków.


Gotowość do odlotu.

Zachmurzenie nad Polską.

Z lotu ptaka ciąg dalszy. Przelot nad Alpami.

Lucuś się nie nudzi.

Prawie jesteśmy. 

Malaga. Taka dokładnie. Prze jasno, pustynnie, duszno, a po lewej widoczny masyw górski. Jeszcze nie wiem czy mi się to podoba. 

 

Ostatni etap podróży

Wyzwaniem było kupienie biletu na pociąg. A raczej dogadanie się z tą maszyną, w sytuacji braku netu i możliwości dodzwonienia się do przyjaciół. Ogarnął jednak mężowski i po ponad 40 minutowej przejażdżce pociągiem, w czasie której zapoznawaliśmy się pomału z tutejszym krajobrazem, dotarliśmy do Fuengiroli. Stąd już odebrani zostaliśmy przez dziewczynę naszego gospodarza, uroczą Finkę. *Czuję szczęście, że mogę poznać osobę pochodzącą z kraju, którym zachwycam się od wielu lat. Miła niespodzianka.* Po drodze wstępujemy do 'Gymu', miejsca w którym trenuje się capo i crossfit, między innymi, i w którym pracuje nasz gospodarz, a zarazem Professor. Zaliczamy jeszcze tutejszy Lidl, robimy zakupki i poznajemy w końcu miejsce naszego pobytu. Jest i obiecany pies. Powinno nam tu być dobrze. Welcome to Mijas

p.s Wstępy zawsze są długie. Prawda? 

12:05, seuleriels
Link Komentarze (1) »
środa, 16 listopada 2016

Eloszek! Jeszcze przed wyjazdem zaczęły się problemy z komputerem, a już całkiem z jego współpracą z telefonami. Więc tak myślę, że nic z tego, ale to chyba problem mężowskiego, bo ja dziś postanowiłam sprawdzić CZY, no i ładnie się kopiuje wszystko. Jupiś. :-) (Tak że mooże niedługo jakiś konkretnie cieplutki wpisik się pojawi, chyba że mnie pożre praca w całości.) 

 

 

Problem jednak w tym, że mam problem, ponieważ dziś raniutko rozdeptałam swoje własne okulary. Musiały spaść z parapetu, kot zrzucił może albo coś. No i o ile z daleka ogarniam, tak komputer to dla mnie wyzwanie. W sensie dłuższy komputer, czyli pracowanie odpada, czyli mogę się zająć sprzątaniem oraz przygotowywaniem imprezy roku, która to już w najbliższą sobotę. 

Dlaczego tak wcześnie? A no dlatego, że w przyszłym tygodniu nie będzie mnie w urodziny synka. :( Nie chciałam, by to było 'po', więc zrobiłam co w mojej mocy, żeby każdemu odpowiadał ten termin, udało się, uff. Poza Ilcią, ale już mamy obgadane, że to nadrobimy. No i poza mną, bo NIE JESTEM GOTOWA!. Ej, za szybko tak. Nie mam planu, menu ani nic poza listą stuprocentowych gości. :D Nawet kopy nie mamy, i planowo robię ją sama. Pierwszy raz, ekstra. Będzie śmiesznie. :))

 

Od poniedziałku wróciliśmy do szarej rzeczywistości, czyli porannego wstawania, szkoły, przedszkola, pracy. Nie jest to takie znowu fajne. Mimo to, popchnięci do pozytywnych zmian, zmieniamy... Począwszy od rzeczy najmniejszych, najprostszych, a przecież takich ważnych... Chcielibyśmy tylko jeszcze więcej, i jeszcze lepiej, bo przecież człowiek tak już ma, że stale za czymś goni i nigdy nie może zaznać spokoju. Nie wiem, czy każdy, ale taki szary, któremu zawsze czegoś brak, to chyba właśnie tak ma. 

Trudno, kiedy uświadamiasz sobie pewnego dnia, że jesteś kimś innym. Urodziłeś się nie po to, co teraz robisz. Praca przestała dawać radość i satysfakcję. Wpadasz w marazm gorszego kalibru. Bo widziałeś, że można inaczej, że wszystko się da. Przecież nie pragniesz wielkich spraw, tylko spokoju, spokoju w swoim wnętrzu. Rozumiem, rozumiem go.  

 


 

08:50, seuleriels
Link Dodaj komentarz »
piątek, 11 listopada 2016

Gdyby coś, to wróciliśmy. 

Z plus 30 do 1 stopnia. Czad. Ajajaj.

Koteł jest cudowny. <3 Nie ma focha, nie ma. ! Lovciam. <3

 

 

Kiedyś przygotuję krótki wpis wspomnieniowy. Teraz mam duuuużo na głowie i w głowie i dookoła. !

 

19:30, seuleriels
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 23 października 2016

Troszkę wyzdrowiałam. Luca złapała katarzysko znów. Mam nadzieję, że ozdrowieje... Rodzice dowieźli dziś soczek z jeżyn, i cieplusie milusie termoforki nam przywieźli również, z wczasów... 

Porwali Misiaczki na spacerek, a potem było wspólne robienie kasztaniaków. Fajny, fajny dzień. 

 

Zaczynam się denerwować podróżą. 

Co zabrać, czego nie zapomnieć, co dokupić... Jak przetrwać lot... Jakie rozmówki zapakować do torby... Co zrobić żeby tej torby nie przeciążyć. :D JAKIE ciuchy na pogodę 22-28 st. and 8 st rankiem. I od razu problemy typu: spakowałam już dawno letnie rzeczy. :] Kubiego sandałki powędrowały w siną dal, czyżby trzeba było kupić nowe? I tego typu problemy, problemiki... Liczę, że mężowski odpocząwszy po podróży jakoś mi się pomoże ogarnąć. Pewnie znów się pokłócimy przy tym sto razy, no i tak... 

Koteł. Koteł wędruje w dobre ręce na te 2 tygodnie. Ale okropnie się tym denerwuję. Jak ona to przeżyje, czy się nie zmieni, czy nie będziemy musieli potem wzywać behawiorysty czy coś... Czy nie ucieknie, i wiele wiele innych. Mój zwirz. :<

 

Ze szkołą sobie poradzimy, mam nadzieję. 

22:39, seuleriels
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 67
| < Grudzień 2016 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30 31