RSS
czwartek, 24 maja 2018

 

Maj zbliża się ku końcowi. Dłuższą przerwę blogową sobie zrobiłam. Taki czas, taki sezon animacyjny, komunijny, egzaminacyjny, wiosenny. :)

Majowy weekend mężowski spędził na zawodach w Gnieźnie. Skubany zajął trzecie miejsce. :) Jak wrócił, to pojechaliśmy odpocząć do naszej oazy spokoju, do Międzybrodzia. Piknik na zielonej trawce, nad jeziorem, w słoneczku, z widokiem na górki, szybowce i paralotnie ... Lusieńka to już całkiem inna dziewczynka, bystrzak i odważniak. Zaciągnęli nas z Kubciem na rowerek wodny, mój portfel wypluł ostatnie grosze na wersję inclusive (wóz milicja), i popływaliśmy... Tak naprawdę najwięcej pedałowała Milcia. ;D No i ja. ;p

Kolejny wyskok około majówkowy to były Tatry. Obraliśmy drogę na Giewont - ja bez ambicji, mężowski owszem. Dzieciaki (ok ja również)prawie wyzionęły ducha na pierwszych kilkudziesięciu metrach. :D Dalej szło się spokojnie, przyjemnie, pogoda dopisywała, tłumów nie było. Przeszliśmy sobie przez Kalatówki do Hali Kondratowej, gdzie zjedliśmy obiad i zawarliśmy zabawne znajomości. Tutaj nastąpiło załamanie pogody. Znikąd chmury, i zaczęło padać. Nie było więc mowy o dalszej wędrówce, choć Lusiek strasznie chciała iść. Ruszyliśmy w dół i zrobiliśmy sobie odpoczynek na Kalatówkach, na zielonej trawce. Jak sie zbieraliśmy, to Milci schodząc z niedużego wzniesienia nagle upadła i zaczęła płakać. Ja schodziłam z 2 plecakami, mężowski z Luśką na barana, a Kubci rozpaczając, że z obiecanego basenu pewnie nici. Istotnie, poszli dopiero we 2, w tygodniu. W szpitalu spędziliśmy 2 godziny. Przed nami ksiadz,  za nami dziewczyna - oboje z urazem kostki. Na zdjeciu  był mały guzek, diagnoza: zerwanie stawu skokowego. U dzieciaczka oznacza to niestety szynę gipsową, z prostej przyczyny: ciężko upilnować. Wyraziliśmy zgodę, zabraliśmy papiery, zalecenia i zagipsowanego Lusiaka i poszliśmy na gigantyczną kolację, a po niej ruszyliśmy do domu ...

Jeszcze nie wiedziałam, że to dopiero początek dramatu, z jakim przyszło nam się zmierzyć.

Nasze skierowanie 'cito', za 7 dni zdjecie gipsu. Nikt nie chciał nas zapisać, jedni odsyłaja do drugich, itp. Siódmego dnia pojechaliśmy do szpitala. Spokój, pustki na ip oraz nudzące się panie w rejestracji. Oni nam nie zdejmą gipsu. Bo nie są od tego, bo.... Lekarza nie ma, żadnego. Jeden z największych szpitali dziecięcych na Śląsku.  Nikt nas nie przyjmie. Nie napiszą nic na papierze. Mozemy przyjechać w poniedziałek, i poprosić, to MOŻE nas lekarz zobaczy, jak będzie miał czas. Nikt nie spojrzał na to skierowanie. Wróciliśmy do domu z zagipsowanym dzieckiem. We mnie kipiało z wściekłości i bezradnosci, pociekły łzy.  Mężowski rozciął ten gips sam. W poniedziałek z trudem, metodą na litość, udało nam się umówić prywatnie do ortopedy. Na 20 wieczorem.

Nie musiałam mówić za wiele, sam powiedział, że zdjeliśmy gips, jakby to było najnormalniejszą rzeczą na świecie. Zbadał, stwierdził, że staw będzie bolesny jakiś czas, żeby obserwować, ale wygląda ok. Dokładnie obejrzał płytkę. Powiedział, że widzi u Loli zwapnienia. Może to być pozostałość po jakimś urazie, którego nie zauważyliśmy. a może... :< Być może będzie mieć skłonności do tego typu urazów.

Jak można przebyć takie góry, skały, kamienie... A zrobić sobie krzywdę na kawałku trawiastego wzniesienia?

Zaraz po tamtych wydarzeniach, a właściwie już równo z nimi, zrobiło się gorąco w kościele. Nosiłam mojego 'gipsiaka' na barana do kościoła na próby i do parku. Czy będzie to pamiętać, jak przyjaciółki z przedszkola przytulają, przynoszą bukiety z kwiatów i dmuchawców? ...

Kubula miał kwestię podczas niesienia darów. Mówił pięknie, głośno i wyraźnie. Siedział w pierwszej ławeczce, oczywiście. Różnie było na tych próbach, ale starałam się być obecna. Ksiądz może nie krzyczał, ale był stanowczy i wymagający. Potem w dzień spowiedzi przepraszał, i kupił pakę lodów. ;D

W ostatniej chwili poprawiałam Milci kieckę u krawcowej i byłam u fryzjera. Była to moja ostatnia wizyta w tym salonie, bo potraktowano mnie arcy źle. Jak wrzód na dupie, za przeproszeniem. ;D Każdy mój pomysł na fryzurę był odrzucany, jedyną opcją jaką pani dopuściła było obcięcie mych włosów golarką, na stojąco, na prosto. bez poprawienia przodów. ;D Teraz chce mi się z tego śmiać. Za wizytę na szczęście nie zapłaciłam ...

Tamtego dnia, 18 maja, pierwszy raz w życiu Milcia miała obcięte końcóweczki. Chlip.

W piątek również odbyło się odnowienie przyrzeczeń chrzcielnych oraz spowiedź.

Na komunię nie przybyli 3 goście. Kuzyn z żoną, gdyż przeżywali dzidziusiową tragedię ;( i brat mężowskiego, bo się pochorował.

Wszystko inne dopisało. Pogoda. Było słonecznie, cieplutko. Uroczystość skromna, kościółek ładnie przystrojony. Brakowało mi tylko 'Przyjdź duchu święty i 'Abba Ojcze. O jakże mi tego brakowało.

Kubulek, który bardzo przeżywał to wszystko, który miał momenty, że nie chciał w ogóle tej komunii, w ostatnich tygodniach przed uroczystością  był radosny i spokojny. Wyczekiwał z niecierpliwoscią i bardzo się cieszył. *_*

Mój największy stres związany był z restauracją. To nic, że Magda Gessler, że znajomy. Ja umierałam ze strachu czy będzie smacznie i ok. I chyba było. Wieczór wcześniej przemycilićmy tam rower i tort, który przygotowała dla nas przyjaciółka. Kuba był tak zaskoczony, szczęśliwy i wzruszony, jak zobaczył pojazd! Bo cała akcja z nim związana odbywała się ściśle tajnie. ;D Myślę, że o prezentach nie będę się rozpisywać, bo nie o to chodzi. Ale rewelacyjne jest to, że Kubi dostał wiele fantastycznych ksiażek z których żadna się nie zdublowała. Normalnie żadna. To znaczy, że wybór na rynku jest ogromny *_*. 

Lokal znajdował się przy ryneczku, i tam wychodziliśmy na spacery i mini plac zabaw. Na przyszłość wiem, by szukać jednak knajpy z ogródkiem.

Trwamy w białym tygodniu, przygotowaniach do dnia sportu, dnia dziecka, mamy, festynów, wyjazdów, ceremonii, pielgrzymki (Kalwaria <3).

Bo przecież nie napisałam jeszcze o egzaminach. A odbyły się one, tuż po zdjeciu Luśkowego gipsu. Dla mnie to było nowe kopnięcie i akrobacja z elementami dodatkowymi, ale przede wszystkim gra na instrumentach, która musiałam opanować. :D Tak się złożyło, że instrument najgorszy dla mnie dostałam na egzaminie arcy lekki, więc nie miałam problemów z jego 'uciekaniem'. Wszystko zaliczone, i będzie amarela. Oj będzie.

I jeszcze jedna fantastyczna wiadomość, po ostatniej kontroli u alergologa. Pokarmówki wyszly ok. Spirometria kontrolna bdb. Osłuchowo i obserwacyjnie: Kubci znajduje się w stanie CAŁKOWIETEJ REMISJI. Dla nas oznacza to, że na dzień dzisiejszy nie można powiedzieć, że ma astmę. Teraz chwila spokoju, pozornego, bo jednak z kartą obserwacyjną i jeszcze lekami. Do końca wakacji, a na jesień kolejne testy i decyzje o odczulaniu, na te sierściuchy i kurze.

 Mój muminek straszy pustymi stronami. Zaniedbałam strasznie, strasznie, straszliwie. Także kontrolę literatury.  Ostatnie miesiące to w zasadzie wyłącznie literatura dziecięca (polecam szczególnie przygody skarpetek i sen alicji :D), z małymi przebłyskami  na Jodi Picoult, Hawkinsa, Gołebiarki i Pozytywną Dyscyplinę (o tym może więcej innym razem). Nie wiem jak to zakwalifikować, więc napisze po prostu. Wróbelek z kości. Tą ksiażkę po prostu trzeba przeczytać.. Ja jeszcze poczekam z pokazaniem jej synkowi... Ale to niewątpliwie jedna z tych książek, które pozostają w pamięci na zawsze.

13:32, seuleriels
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 16 kwietnia 2018

 

Czy ja już pisałam, że Lolciak jezdzi na dwóch kółkach? W zeszłym roku niby się nauczyła, ale było to takie niepewne, nie na 100%. 

Jak tylko zrobiło się cieplutko, zabraliśmy rowerek do Wisły, i tam pochytała. Nie od razu, ale po powrocie ze spaceru już śmigała jak trzeba. :) I teraz jest nowe hobby, rolki poszły w kąt. :)

 

W Wiśle byliśmy już 3 razy w tym roku. Ten ostatni, to ubiegłego weekendu (czyli jeszcze wczoraj). Wyprzedziliśmy sezon, i w piątek rozstawiliśmy namiot. Wisła-Ustroń-Szczyrk-Brenna-Bielsko-Biała, taki weekendzik nam minął. Słoneczny, z grillkiem oraz wyżerką we Wrzosie, na rowerkach, deskorolkach etc. Z lodami tu i tam, świecącymi drzewkami na rynku w BB. *_* Z kocurem Rudym i nocnymi przygodami, o których jednak wolałabym zapomnieć. ! 

Co malutcy? Lolcia jak już pisałam, rowerek. Umyśliła sobie, że będzie kolekcjonowała czapeczki od żołędzi. Z fantazją popłynęła dalej, z marzeniami o sklepiku, w którym będzie sprzedawała (...) swoje własnoręcznie zrobione bransoletki i korale. Z żołędzi, rzecz jasna. Nauczyła się tez płynnie czytać. *_* Rozbitym kolankom towarzyszyły Kajtkowe przygody i ksiażeczka o kotku, którą moja babcia czytała mojej mamie ...

W Ustroniu córka wypięła się na dość ciekawy, nowoczesny plac zabaw. 'Place zabaw są nudne!' - stwierdziło dziewczę, po czym zaprowadziło mnie nad rzekę. Dużo, dużo się od niej uczę. I dużo sobie ostatnio rozmawiamy. W Wiśle ostatniego dnia też nawet nie przekroczyła bramy placu zabaw.

Junior ćwiczył tricki i jazdę na deskorolce, jest naprawdę świetny. Geny!

W niedzielę o poranku sam jeden się pozbierał i śmigał na rowerze. Potem dołączyła do niego siostra, znaleźli myszy upolowane przez Rudego i robili im pogrzeb przenosząc 'za ogonki'. Mieliśmy o tym oczywiście nic nie wiedzieć, ale... 'Dobre i złe sekrety'.

 

 

 


***

Ponadto mieliśmy rozmowę z alergologiem. I będziemy sobie jeszcze pokarmówki robić. Koteł ma zostać, bo najwidoczniej jest na wagę złota. W testach wyszedł kurz (nie roztocza), pies i kot. Nauczył mnie pan doktor korzystać z kropli typu nasometin. Że to nie takie pisikanie. Jest wstęp, rozwinięcie  i zakończenie. Cała kuracja polega na tym żeby zaatakować, i zmniejszać dawkę 'odzwyczajając' nos powoli. Eureka. 

*** 

 

A dziś przymiarka komunijnego. 

18:27, seuleriels
Link Komentarze (8) »
sobota, 07 kwietnia 2018

...

Milci zajęła pierwsze miejsce. Najpierwszejsze. <3 

Jakoś to wszystko tak się ułożyło. krótko potem byli na wycieczce w Palmiarnii gliwickiej. I jeszcze było ok. 

Potem wróciła któregoś dnia i zaczęła płakać, że ją szczypią rączki. Myślę, no niemożliwe, żeby AZS wróciło. Noł. A jednak. Przytaszczyła towarzystwo z przedszkola, i standardowo - niestandardowe objawy, ale całkiem Milciowe. Jak się coś dzieje, to skórka wie pierwsza. Biedna jest, i ma sińce pod oczami. Dobrze, że kumam teorię, jakoś tak mniej mnie to przeraża. Choć nadal trochę tak. 

Święta minęły ... szybko. I raczej spokojnie... Byliśmy u moich rodziców, i u babci. Potem tylko dom. Dzieci tak się nakręcały na śmigus-dyngus od tygodni, a rankiem w poniedziałek zapomniały. ;D Ale miałam frajdę i zaszczyt wszystkich pierwsza polać. ;p 

Dokuczają mi złe chmury, ale staram się to odganiać jak mogę. Różne takie. Mężowskie, i moje. Tłumaczę sobie, że mam 29 lat, a nie 90. Ale jak mam oszukiwać siebie i to co czuję? 

Dziś spędziliśmy sobie piękny dzień w trójeczkę. Dzieci spakowały plecaczki - z ochotą i w 3 sekundy, ubraliśmy się i w drogę, przez las, ku przygodzie. Zawędrowaliśmy nad jeziorko, na plażę. Było cicho, spokojnie, pływały łabędzie i od czasu do czasu przelatywały nam nad głowami. Stopniowo ludzi zaczęło przybywać, spotkałam koleżankę, Kubuń swoją, Milcia swego narzeczonego z siostrą. <3 utknęliśmy na dobre skąpani w promieniach wiosennego słońca. Na całe 6 godzin, licząc z powrotem do domu.

 

Boję się, że minęłam swoją drogę. Coś idzie nie tak. 

23:05, seuleriels
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 27 marca 2018

 

Miniony tydzień, miało być, ale już przeszło. ! Marzec biegnie jak szalony. Jeszcze.

Wróciłam do treningów, i pomału do zdrowia. Życiem bez bólu barku cieszę się zaledwie kilka dni.

Tydzień temu wzięliśmy udział w świetnym festiwalu capo. Moja obecność tam była pod wielkim znakiem zapytania, wiec zamówiliśmy koszulkę 'na pocieszenie' chociaż. Zdecydowałam jednak, że zrobię to. I super! Mieliśmy pod opieką dwójeczkę dzieci z naszej sekcji, takich wiekowo między Kubciem i Milcią. W sobotę późnym wieczorem zorganizowaliśmy dzieciom (a bylo ich 'trochę') 'wyciszajacą' niespodziankę w postaci filmu Vaiana: skarb oceanu. <3 Moja Milci nie dotrwała do seansu, zasnęła na macie puzzlowej w swoim śpiworku, niewrażliwa na żadne hałasy czy światła do samego ranka. Ja skorzystałam z chwili i się zdrzemnęłam, a co. ;p

Mieliśmy trzech gości z zagranicy, w tym jednego contra mestre i dwie 'dziewczyny', oraz rodowitego Brazylijczyka, który mieszka od kilku lat w Pl.  Gdybym miała powiedzieć który z treningów był naj, było by trudno. Mężowski czekał aż powiem, że jego ale nic z tego. ;p owszem, był bardzo dobry, ale też w moim przypadku najbardziej bolesny. ;D Naprawdę dużo się nauczyłam, przetwarzam tą wiedze gdzieś w pamięci, kalkuluję by nie uciekło, a niestety tak to jest, że już 'ucieka'. Generalnie większość była nastawiona na wejścia, podcięcia i balans, pojawiły się też pewne schematy i muzyka oraz maculele. ^^ Dzieciaki miały swoje sprawy i swojego kochanego profesora z Bra. :) Super event.

Gdzieś tam pod koniec zaświtała myśl o zrealizowaniu zeszłorocznych planów o obozie sportowym... Póki co meżowski przymierza się do kursu na opiekuna, a ja do myśli, że to nie sen. 

Tydzień po tych mega warsztatach przyniósł mi ZDROWIE, ulgę i... Mnóstwo życiowych spraw. Po pierwsze, zebranie w szkole. Wyhajsiłam się, że ho ho. Wszystkie składki jakie były popłaciłam, do tego doszły komunijne sprawy i zgrzyty z drugą klasą. Tam królują 'pańcie' i organizacja finansowa (w sensie wszystko załatwiają kasą, i potrafią się złożyć 100%), u nas niestety są osoby, które mają nieco wywalone, są też osoby które chciały by zaoszczędzic hajs i np. wziąć się za posprzątanie kościoła (JA). Ale tu do akcji wkraczają pańcie, i 'pozamiatane'... Doszliśmy do wniosku że już trudno, wydajmy tysiaka i niech nam posprząta. Z bólem to przyjmuję, i wcale mi nie chodzi o wysokość składki. (30 zł/os) Taka dobra sprzątaniowa ekipa się kreowała! ;<

Kolejno załatwiałam sprawy na mieście, składałam wniosek o kartę, która pozwoli memu starszakowi jeździć komunikacją za free do 16 roku życia. Dobra zmiana. Dorabiałam klucz i inne pierdoły.

Odwiedziłam sobie dermatologa, i niestety wyszłam sobie z dwoma skierowaniami, do chirurga oraz chirurga plastyka, to pierwsze 'na już', ale nie mam na to czasu. ;(

Kubci był na świetnej wycieczce w Osikowej dolinie, chyba jedna z fajniejszych, o ile nie naj, w życiu. Robili samodzielnie od A do Z drewniane zabawki i koszyczki. *_* Ponadto wygrali jakiś konkurs i pojechali sobie z klasa do kina i do pizzerii. Szynek został wylosowany szczęśliwie i pomagał pizzermance tworzyć pysznościową pizzę pepperoni.

Lolcia z kolei została szczęśliwie wylosowana do konkursu recytatorskiego, na który wyrusza jutro. ;) Pojutrze wycieczka do Palmiarni, potem teatr, i tak ciagle coś.

Zrobiliśmy też cudne palmy na niedzielę, takie kwieciste i kolorowe, że łał. Takze kartki świąteczne hand made, oraz zaproszenia na komunię poszły w świat.

Miniony weekend działałam w GCZD, naszym głównym celem był oddział onkologii, przeprowadziliśmy tam warsztaty dla dzieciaczków - tych, które mogły dotrzeć do tej niewielkiej, dusznej świetlicy, niektóre z pompami.. Niekiedy przychodzili tylko sami rodzice w zielonych kitlach. :( Mieliśmy dla nich paczki z upominkami, znalazło sie też coś dla mam i tatusiów. Bardzo trudny, wartościowy czas, każdy uśmieszek, każde spojrzenie rodzica zostawiło pieczątkę na sercu. Darczyńców było tak wielu, że przeszliśmy jeszcze inne oddziały, łącznie z serduszkową salą.

W niedzielę popołudniu pojechaliśmy z mężowskim i dziećmi do Wisły na spacer. Zjedliśmy obiad, deser, przeszliśmy kilka dobrych kilometrów, spędziliśmy fajny czas na placu zabaw. Zimno było i mroźno, ale dobrze.

 

Do Świąt w tym roku przygotowuję się duchowo, do porządków generalnych mam awersję po tym, jak ODKURZAŁAM I ODROZTOCZOWYWAŁAM mieszkanie, po czym na trzeci dzień czekało mnie to samo. :D W dupie je mam, mówiąc wprost. Po co mi czyste okna w taka pogodę. Ehe. Po Świętach ma być ciepełko, to sie będzie wywalać i sadzić. *_* Standardowo kuchnia, tylko nie wiem co i jak i GDZIE. Jak zwykle, wychodzą rodzinne niesnaski. Normalnie żyć nie umierać, najchętniej bym wyjechała w siną > no może jednak zieloną i ciepłą < dal. 

 

(Poza tym, to w przedszkolu są owsiki, i hurra.)

 

 

 

 

Wielki tydzień trwa. To potężna okazja na przemianę, na odnowę duchowego życia, metanoję. Życzę Wam Wielkanocy całym sercem, z dobrą spowiedzią i przyjęta Komunią Świętą. Wykorzystajcie dany czas.


Przyjemnych Świąt!


Tej zimowej wiosny miejcie chociaż wiosenne nastroje. <3 

I żeby dyngus był mokry! Na mnie mój mały mężczyzna już szykuje potężną pułapkę, ale twardo udaję, że się nie boję. ;p

10:54, seuleriels
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 13 marca 2018

Zdejmuję płaszcz, myję ręce. Otwieram okna i rzucam się na wciąż nie zasłane łóżko. Zamykam oczy choć wiem, że już nie zasnę. Nie mija 30 sekund i już mam Lełkę na klacie. 

Śniadanie. Kawa. Zawsze w takiej kolejności. Przegląd prasy i e-maili. Książka. 

Przed wyjściem po synka odkurzam, ścielę łóżka, myję podłogi. 

W zakupach, wynoszeniu śmieci pomaga mi dziecię. Odrabiamy lekcje, jeśli są. A jeśli nie (najczęściej ! <3), to sobie czilałtujemy. Idziemy po Luśkę, na spacer. 

 

I do babci na obiadek. 

 

To mój wolny dzień, który się zdarza raz na 60 dni, średnio. ;D ;D ;D Jeden wielki ziew. Babcia ma 85 lat, i szykuje dla nas obiad. Nie musi, ale bardzo chce i sprawia jej to radość. Jest też szwagier, z którym gadamy i oglądamy porąbane filmiki i śmiejemy się do łez. Z dziećmi. Mężowski ucina sobie drzemkę. Kawka, ciasto, jaka to melodia, bez której babcia nie wyobraża sobie dnia. ;D 

 

Jedziemy odebrać zamówienie w Castoramie. Wpadamy do Decathlona, bo chłopcy chcą mi pokazać jaki rower sobie Kubuń wybrał. Jestem zdegustowana, bo odbiega od moich wyobrażeń. Moje rowery były zawsze zadziorne. Nawet ten czerwony, cykający i niepedałujący z górki składak, którym jeździłam tylko dlatego, że moja siostra się wstydziła, więc dawałam jej mojego 'górala', był, kurka, zadziorny!! xD Mój obecny rower, przyjaciel od 15 lat, ma grube opony z ćwiekami. Tymczasem mój synek wybrał sobie miejski rowerek na cienkich, w mojej opinii 'łysych' oponach, a mężowskiemu bardzo się podoba ten pomysł. 

5, 4, 3, 2, 1. Daj dziecku wybór. 

Kupiłam sobie, z tych emocji, nowy stanik do biegania. ;D

Poszliśmy jeszcze po spożywkę i chipsy na coponiedziałkowy seans, skoro i tak jestem gruba to co mi tam. ;p

19.30. Siedzimy w aucie, na parkingu pod domem. W radio mój ukochany wykon Kultowej Arahji. Jeszcze bardziej przejmujący od oryginału. Wyczekaliśmy do końca. 55 lat skończył Kazik. Fatalne, piekące uczucie przemijania. 

Była 21 jak położyłam bobaszki spać, z bajeczką, a mężowski w tym czasie zmontował nasz nowy wynalazek zwany zsypem na pranie. Postępów ciąg dalszy. 

 

11:01, seuleriels
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 12 marca 2018

 

Pisałam sobie wpis, w minionym tygodniu, i szlag wszystko trafił. :D Tak, 'nauczona' doświadczeniem, sobie nie pisałam w Wordzie. O ja, taka ja. Cóż.

Ważne to trzeba nadrabiać. Kubciowe testy za nami. Ciężko było, bo i katar, i te zwolnienia ze szkoły znów. I 15 minut cierpienia, zanim zadzwonił ten przeklęty zegarek. Ale zanim zadzwonił, już można było coś wiedzieć, jeśli dziecię spuchło. A moje spuchło.

Tu gdzie kurz i roztocza oraz zwierzątka. Najbardziej kot, i słabiej pies.

5 odbitek powędrowało do opisu, a spotkanie z lekarzem dopiero 9 kwietnia. Ech. :/

Kto nas zna, nie muszę tłumaczyć co to znaczy... To znaczy, że byliśmy smutni i przerażeni. Zabrałam synka na pyszne lody, ale ciągle był smutny.

Póki co koteł zostaje z nami. Jakie w ogóle 'póki co'? ... Luśka zaskoczyła mnie swoją dojrzałością. Była trochę podminowana, ale powiedziała: 'no cóż Lełcia, znajdziemy ci nowy domek, bo Kubuś musi być zdrowy'.

Kubuń z obserwacji nie reaguje na naszego kota. :o Gdyby było inaczej, już dawno byśmy działali. Nie ma takiej możliwości. Byłam przekonana, że to pies. Zawsze tam, gdzie pies Kubuń kichał, swędziało go w nosku i gardle i oczach, dostawał kataru. Miałam też obawy, że to roztocza i pleśnie. Niestety.

Nie wiem, co dalej poza tym, co wiem.

***

Ja byłam na rozmowie z rehabilitantem. Moja opuchlizna okazała się 'do rozmasowania', ale żadne masaże mi nie przysługują. Dostałam jakieś marne 2 zabiegi plus ćwiczenia, termin na połowę lipca. Mówiłam, że można zdechnąć. Ćwiczyć mogę, a nawet muszę. Dużo, dużo, dużo ruchu i sportu. Akrobatyka na miarę swoich możliwości, dopóki się ciało nie zbuntuje. (Tak, jasne).

A tak w ogóle to skoczyła mi waga. Nie mieszczę się w spodnie. Czy miesiąc bez treningów tak działa? Zdecydowanie czas na dietę i coś więcej niż trekkingi.

***

A wczoraj, wczooooraj, po pracowitej sobocie (a miałam nie sprzątać w sb/ i nie robić jogurtowych tortów z mango) był szpan na (Szyn)dzielni. ;D  To błoto. Śnieg. A raczej CIAPA śniegowa. Zaczątki wiosny. Jazda wagonikiem  po to, by ustawiać się od razu do gigantycznej kolejki w dół. xD 

BEZczapkowo ! W tych śniegach, wiatr we włosach, rozpięte kurtki, okularki przeciwsłoneczne. Jeszcze troszkę.

09:05, seuleriels
Link Komentarze (5) »
niedziela, 04 marca 2018

Pojechałam na nie sama z dziećmi, bo mężowski w trasie. Na drugim końcu Polski. 

Autobusy, tramwaje ... 2 dni wcześniej zawieźliśmy prezent. Stoliczek z krzesełkiem, i drewniany dźwig z magnesami. R jest fanem Boba budowniczego. ^^

Malutki zachwycony stoliczkiem... Bardzo tego mu brakowało, bardzo potrzebował. Uwielbiam sprawiać takie radości. <3 

 

Marzę sobie, że już niedługo, może za rok, będę mogła porwać go na jakąś wycieczkę. Że za parę lat będziemy robić różne szalone rzeczy. Wiem, że wszystko będzie inaczej... Że marzyć to sobie można... 

 

Ciężki temat z NIMI. 

 

Tak mi jakoś smutno. Dwie nieprzespane nocki. Stres. Krótki, bardzo złe sny. 

 

I rodzice. Razem, a osobno. Wszystko jakieś takie. 

19:21, seuleriels
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 01 marca 2018

 

Jest opis - zwyrodnienia, wady, uraz obojczyka/barku. Jest zarys leczenia... ?  Jasne, tak bym chciała w to wierzyć. Na własnej skórze doświadczam nieporadności nfz-towskiej. Co za koszmar. Ponieważ ortopeda = czekanie 100 lat na wizytę, zaczynam od rehabilitacji. Czekając kolejny tydzień. To już miesiąc jak popierdzielam z bólem. 

Przy okazji wyszły przygody z dermatologiem. Nie ćwiczę. Nie sprzątam. To znaczy dziś już naprawdę muszę. Albo nie. 

 

 

Kubi jest pod opieką PP. Po dwóch wizytach nie jestem specjalnie zadowolona, a na kolejną mamy czekać 2 miesiące. Co za tryb. Poradnia z dobrymi opiniami. Po pierwszych półtoragodzinnych zajęciach dostaliśmy tylko 'żabkę' na wyciszenie przed snem. Z żabki oczywiście moje dzieci zrobiły kabaret, więc o wyciszeniu nie było mowy, skutek odwrotny do zamierzonego. :D No może nie całkiem, są teorie mówiące o tym jakie to 'wyśmianie' tudzież 'wypłakanie' dobroczynnie wpływa na jakość snu. Kurczę, serio? Znam co najmniej kilka fajniejszych sposobów na 'wyciszenie'.

Drugie spotkanie to kolejne Kubusiowe ćwiczenia. Niestety bardzo nużące dla niego, pomijając przerwę na demonstrowanie capoeiry. Zrobiliśmy badanie dzwięku w szumie, i przez dwa przekręcone o jedną literkę słówka Kubi został skierowany na badanie szczegółowe do audiologa. (Choć generalnie po prostu miał lekki katar).

Oczywiście panie w międzyczasie wysuwają domysły. Że tu nie widać nic o podłożu psychologicznym, zwalają na leki, dietę (alergia) i pasożyty. Strasznie to zakręcone jest. 

Jasne, że nie ma dnia by Kubcia nie bolał brzuch. Nie ma takiego dnia. ;(

 

Zanim doszłam do wniosku, że jest ze mną jednak kiepsko, urządziliśmy sobie sobotę na stoku. ;D Milci przywdziała pierwszy raz snowboard. Pierwszą godzinę uczył ją mężowski, dwa razy ciut chlipała. Potem ja odwiesiłam swoją deskę i przejęłam dziecię. Pierwsza przy mnie wywrotka, pozbierała się, wstaje i... chichra. Od tamtej chwili Lusia 'w przyszłości zostanie snowboardzistką'. Z godzinki do dwóch zrobiły się trzy. Ale podczas tej ostatniej to ja już byłam tak wyczerpana, że kosmos. ;p Skończyliśmy na hot dogach, gorącej czekoladzie i poparzonym języku. Celem tego wypadu było pokazanie Lusi, że snowboard jest fajny. Osiagnęliśmy !!! Synek jak na swój 3 raz - rewelacja. Odważnie, z podskokami. 

 

A co tam czytelniczo udało nam się w lutym? 

'Koszmarna cisza' Wulf Dorn

'Cmętarz zwieżąt' Kinga,

'Lolek' i 'Zwierzaki Wajraka', Adam Wajrak

'Rok w krainie czarów'

'O psie, który jedził koleją'

Mnóstwo książeczek o kotkach ;D

'Pod presją: dajmy dzieciom święty spokój' Carl Honore

 

Tą ostatnią jeszcze doczytuję, ale mega polecam wszystkim rodzicom. Honore skradł mi serce jako osoba, świetnie pisze o epoce 'dziecka zarządzanego', dziecka sterowanego, dziecka ograniczanego, dziecka bez wolności. Jak zobaczyłam formę książki byłam sceptycznie nastawiona na 'przynudzanie'. Nie można się oderwać. Bardzo dobra pozycja.

Lolkiem moje dzieci są zachwycone, czytaliśmy z powtórkami. Oboje poczytują już sobie sami, Lusieńka wróciła do Peppy, i odkryła 'Kukuryku na ręczniku' - ksiażeczka mojego dzieciństwa. :D Kubuń ma teraz czas na Biuro detektywistyczne Lassego i Mai oraz jakąś książkę o oceanach, którą sobie sam kupił niedawno.  ;3  

 

 

 

I najważniejsze: dzień otwarty w szkole. Milenka zachwycona, zaciekawiona, gotowa na nowe. <3<3 

10:50, seuleriels
Link Komentarze (2) »
wtorek, 20 lutego 2018

 

Nie lubię mieć takich strasznych przerw. ! 

Ferie się skończyły, Milena się pochorowała. Ominęła ją impreza urodzinowa kumpla i mascarada. ;( Na szczęście w połowie tygodnia już mogłam odsapnąć(od samych walentynek). Lolka 'ma chłopaka'. Sympatia ma na imię Filip. Straaasznie się zakochał. Uczuciowy chłopak obdarował Luśkę misiakiem Pudisiem i wielką czerwoną różą. Był szał w przedszkolu, ona jedna taka wyróżniona. Całe szczęście, że jego mama napisała do mnie wieczór wcześniej, zmotywowałam Mi do zrobienia laurki. ;p 

Milcia traktuje F po przyjacielsku. 'Bardzo lubię', 'jest moim najlepszym kolegą' - nigdy nie było jakiegoś mega kocham. Przyznam, że to strasznie miłe, ale i niebezpieczne. ;p W każdym razie, historia. !

 

Kubci też został obdarowany, 2 walentynki ze szkolnej skrzynki to nie byle co. ;D Zwłaszcza dla naszego wrażliwego 122 cm, 21 kg szczęścia. 

Trafiliśmy w końcu do alergologa, gość z mega opiniami, internista, ale taki, który wiele dzieci wyprowadził z astmy, zrobił na mnie dość osobliwe wrażenie. Nie przebierajacy w słowach, wywiad na zasadzie 'co pani powie'. Podczas osłuchiwania synka nie ukrywał ziewania (moze nie potrafi ;p). Ogólnie beka. Wysłał nas na spirometrię i zrobil sobie chwilkę przerwy. Najwyraźniej czymś się sztachnął, osobliwy zapach i ożywienie na jego twarzy po tym jak weszliśmy z wynikami ... xD Na spiro Kubi spisał sie świetnie, jak to on - podobała mu sie komora, zresztą siostra ze świetnym podejściem do dzieci go instruowała. Ogólnie bardzo życzliwy personel. <3 Wyniki rewelacyjne, doktorek stwierdzil, że K może być sportowcem, więc się dowiedział że już nim jest i był zainteresowany i zachwycony. Nie wpadłam na to by odstawić lek, więc czekamy sobie do początków marca na testy, i zobaczymy. 

 

W ten weekend był też 2 występ 'Materii', ostatni w okolicy na to półrocze. Pół dnia dzieci nasze hasały na boso po MDK, ile mogły - czasem trzeba było posiedzieć, czasem wyjść w czasie nagrywek i takie tam. Sprawdzałam bilety, bo na więcej z moim kalectwem nie mogłam sobie pozwolić. ;] Sam występ, z jedną wpadką, coś wspaniałego. Ale ja nie jestem obiektywna. ;p Wspaniali są, no. ! 

 

No tak, ja wczoraj sobie cyknęłam rtg, niestety opisik będzie dopiero na piątek. I tak sobie chodzę w bólu i niedowładzie, a co tam. Nawet nie chce mi sie pisać  o tej komedii. Trochę strach, co dalej. ?

 

Kubi pomyka czasem z tatą na snowboard. Jest taka górka z wyciagiem orczykowym w naszym mieście. Naśnieżana, dla jasności. Mężowski bierze mu deskę i instruuje, wysyła mi filmiki... Potem przyjdzie czas na Lusieńkę, jeśli będzie chciała. Na razie Lusia chce się bawić, u siebie, w swoim pokoju, a skutecznie jej to uniemożliwiamy od kilku dni. ;(

 

Odwiedziliśmy też babcie, jedna ma koteła od niedawna, jejuuuuuś jakże go pokochaliśmy. *_* Dostał od nas zabawkę, na którą Lełka się wypięła po pierwszym powąchaniu, przeleżała w szafie chyba z rok. Pimpek zachwycony. ;D Z tą babcią zawsze jakiś likierek trzeba skosztować, dowcipy poczytać, i coś tam pomóc w domu. Druga babcia zrobiła nam pyszny obiad, choć coraz gorzej się miewa. Wymieniłyśmy się newsami, nacieszyła się prawnukami, od szwagra dostałam przepis na genialną pizzę, i tak. Wracamy do rzeczywistosci. 

 

Do tygodnia z samorządem uczniowskim, który zaserwował dzieciakom 'dzień pizzy', dzięki czemu mężowski ogłosił go też dla reszty rodziny. Mam wolne od gotowania. <3

08:51, seuleriels
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 11 lutego 2018

Gwałtu rety. ! Nie wiem co z mym córkiem ! ;< chodzi takie to niewyraźne, boli główka, co drugi dzień gorączka, a teraz doszły smarki. Dziecko nie je, a bardzo lubi jeść. Zazwyczaj czyści talerze do ostatniego okruszka. No świetnie, po prostu świetnie. Nici z wtorkowej imprezy urodzinowej tudzież mascarady kapołejrowej. 

Na ostatnią chwilę, taaaaaak -- :D ----- uzupełniamy z Kubim ksiegę domu. ;p On pisze, ja drukuję fotki. Kilka rzeczy fajnych ominęliśmy, no trudno. Bardzo mi się nie chce wracać do życia, a z drugiej strony z utęsknieniem czekałam na dzień, kiedy w końcu zostanę w błogiej ciszy i spokoju na te kilka godzinek. Posprzątam tak jak należy sprzątać. Pod łóżkiem i między meblami. 

Pójdę po skierowanie do speca bo tak się nie da żyć. 

Pojadę po dyplom.

Zamówię paski, bo się nie wyrobię z obrazem. 

Kupię książkę i nowe puzzle lub grę. ;D

Zrobię żurek, albo chociaż zalewajkę. ! /od tygodnia jemy rosół na przemian z pomidorową, chociaż tyle, że na różne sposoby  - Lucek nie chce jeść . ;( 

Z kotem się przejdę, pod mikroskop. 

Mogę tak długo. 

Mogę, mogę, mogę. 5000 ułożyć, w 2 dni=kilka godzin, na rozgrzewkę. I love Castorlaaaaand! 

19:42, seuleriels
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 80
| < Lipiec 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31