RSS
czwartek, 11 stycznia 2018

Co by tu? Czuję, że powinnam ... 

 

Wyruszyliśmy na treningi. Mamy problem z tym gościnnym, gdyż Luśka nam nie chce jeździć tam. Na miejscu bawi się znakomicie i potem słyszymy: super, że przyjechaliśmy! Ale wybrać się ? Katorga ... Ona nie jedzie, ona tam nie lubi. Jak odpuszczę to nic się nie stanie poza tym, że stracimy fajne zajęcia i wspólny w 4 czas. Jak nie odpuszczę - ja mam poczucie winy, że zmuszam do czegoś dziecię, że robimy 'na siłę'. Że ją oszukuję, bo przecież miało być dobrowolnie. Trudno mi z tym. Tłumaczę też, że 'złotko', które dostała na zawodach nie świadczy o tym że ma spocząć na laurach ... To złotko dopiero ma motywować by chcieć więcej i lepiej ... Że jest przykładem dla młodszych dzieci. Do wypracowania ... 

Więc po tym pierwszym treningu, trochę mnie zgnojono. Że mam się uśmiechać (trener) itp, itd, że jestem zmaltretowana po świetach, Ok, czułam sie zmęczona, ale przecież 3/4 treningu to śmiechy były ... Wzięłam to na klatę i postanowiłam szczęście. 

Na drugi dzień mężowski przyniósł kwiat. Śmiechłam, że ma jakies postanowienia noworoczne chyba. Ciągle coś 'knuję', nie potrafiąc przyjąć do wiadomosci, że za takimi gestami nic więcej sie nie kryje ... A stara się mężowski bardzo, naprawdę jakoś jest spoko, bo końcówkę roku poprzedniego z jakiegoś powodu miałam podupadłą - ja. 

Kolejnego dnia postanowiłam trekking. Zajęło mi to +/- 5 km. Przy okazji kupiłam sobie ciuch, a tego samego dnia pojechałam na trening nasz. Tutaj była trochę kicha, bo złapałam kontuzję, nie przyznałam się rzecz jasna i odmówiłam poprowadzenia treningu dla kinderów. Słabe to było. ;x Motywacja do zadbania o kręgosłup 150%. 

Dalej ogarnęłam bibliotekę. Zgubiłam się jakiś czas temu w obliczeniach, ale myślę, żeby to olać i gnać do przodu. Mam ostatnio trochę problemy z oczami, i tu kolejna motywacja do zmian, tym razem będę próbować po raz kolejny audiobooki. Nigdy nie zrezygnuję z książek papierowych, choćbym je miała tylko wąchać i przytulać, ale muszę mieć alternatywę na gorsze dni. :<

Weekend był bez mężowskiego (warsztaty jego, na które ja nie chciałam), ale za to z siostrą. Zrobiłam na tą okazję sernik z malinami. 

W sobotę spacerowaliśmy, odwiedziliśmy szopkę... 

W niedzielę uknułam wycieczkę tramwajem do wujka i cioci, więc się nie nudziliśmy. Czas z chrześniakiem bezcenny, jest przecudny. Gorzej z siostrą, ale z szacunku do niej nie będę wylewna opisowo. Było CIĘŻKO. 

W poniedziałek przyjęliśmy kolędę - ksiądz, który uczy Kubcia religii. Lubiłam gościa i niestety trochę go musze odczarować. Pierwsze pytanie jakie mi zadał: czy pani pracuje, tak mnie zbiło z tropu, że dobrze iż siedziałam. Dowiedziałam się że Kubi to 'poważny zawodnik'. No i tyle. Przedziwnie. Aż zapomniałam spytać, czy weźmie mnie na oazę jako opiekuna, co było moim nadrzędnym celem. Cóż. Moja intuicja zapala ostrzegawcze światełko. 

 

Rankiem zanim przyszedł ksiadz, miałam z Kubim wizytę u lekarza. Godzina w gabinecie. Malutki zbadany od stóp do głów, że niby zdrowy. Ciśnienie, tętno, wszystko ok. Jak wszystko pójdzie ok, trafimy do naj kliniki pulmonologii w przeciagu max 3 m-cy. Dla mnie to bardzo dlugo, więc poprosiłam o skierowanie do alergo, może jeszcze coś skonsultuję (oczywiście mam odradzane). Odwiedzimy też okulistę. 

Po weekendzie z siostrą musiałam bardzo bardzo odpocząć. 

 Z ciekawostek dalszych, Lolcia zaczęła kaszleć, a tu fajne imprezy nam się szykują. :| Bardzo pracowity styczeń. Bale karnawałowe, jasełka, dzień babci i dziadka, imieninki, imprezy urodzinowe, warsztaty i premiera nowego spektaklu w teatrze tańca. Do tego Kubciowe testy, zebrania i wycieczka. 

Mieliśmy w tym tyg fajną lekcję muzyczną. Atabaque chyba faktycznie nie jest najgorszy, a już niedługo będziemy mieć własny. <3 Zaczynam się obawiać jak ogarnę ten 'bimbał' do egzaminu i w ogóle, i pytam mężowskiego, czy nie mogli mieć prostszych instrumentów. Na co on: no prostszego już się nie da: kij, struna ... i ta cała reszta xD

11:42, seuleriels
Link Komentarze (8) »
wtorek, 02 stycznia 2018



Nie, nie będzie to zapowiedź nowej witryny. Nowego miejsca w sieci ... Rozczarowani? 

Ja także. ;)

Lubię zapisywać myśli. Są tak nieprzewidywalne, ulotne i odkrywcze. Kronikarz ze mnie taki sobie, choć nie najgorszy. Prawda jest taka, że ja ...uwielbiam papier. To co naklikam na kompie nie ma dla mnie takiej wartości jak słowo pisane ręcznie, na papierze ...  Jakkolwiek to brzmi. Nie czerpię takiej radości z pisania tu jak kiedyś... Nie umiem się otworzyć. Może nowe miejsce wpłynęło by na odświeżenie umysłu. Może. 

 

Święta spędziliśmy w czwórkę, no - piątkę, wliczajac króciutkie odwiedziny taty. Było z tym masę zachodu i nerwów. Rodzice pokłóceni, z siostrą też na bakier, teściowa na wsi... Pragnęliśmy spokoju jak nigdy dotąd. Niezbyt się to udało. 

W Wigilię - bawiliśmy się Lego... 

W drugi dzień Świąt wybraliśmy się do franciszkanów, na mszę i zwiedzanie. Tłumy takie, że słabo, zwierzątka jak zwierzątka. Ładne to wszystko, ale można by przyjechać na spokojnie ... Warto było jednak, choćby dla widoku i towarzyszenia kolędującym na dworze Franciszkanom.

Odwiedziliśmy siorkę, skoro już i tak byliśmy w Kato. Choć całe 3/4 mnie chciało wracać do domu. To przecież chrześniak.

Dalej odbywa się wszystko jak zwykle. Nie bardzo orientujesz się kim jesteś, gdzie jesteś i dokąd to wszystko zmierza. Gdyby nie urodziny. Wizyta u Ilciaków i mój wymarzony prezent.

Luśka nam dotrwała do północy, pierwszy raz w życiu. Ohydne piccolo też było miłym urozmaiceniem. I koteł, nieustraszony, co to boi się choinki, a interesuje fajerwerkami. ;P

Koteł!! 

Tuż przed Wigilią, wieczór przed, mieliśmy przygodę ... Mężowski zgarnął kociaka z ulicy, spod kół. Otworzył drzwi, małe weszło i kupiło sobie pana. ;p Co robić, co robić co robić ... Deszcz zacina, zimno, błoto ... 

Pierwsza myśl: schronisko. Naaajgorsza z opcji. Zrobiliśmy mu tymczas, jak sie okazało na kilka godzin. Wykąpany, nakarmiony, odpazurkowany... Wygrzewał się przy grzejniku i tak kilka godzin. Nasza w tym czasie chowała sie po kątach, siedziała w kuwecie i nienawidziła nas a najbardziej mężowskiego. 

Koteł, dzięki sile internetu wrócił tamtej nocy do swojego własnego domku, z którego się wymknął. Do kochajacej pańci. 

A byliśmy gotowi przygarnąć. Taka magia Świąt. Dużo mówiaca o nas samych. Bardzo dużo tego, czego sama bym o sobie nie pomyślała. Dobrego. Najlepszego. 

Poczyniłam też takie liseły, które już znalazły swój domek. 



Bardzo dobrze, że ten okres już za nami. 

Przestaję lubić Święta. Naprawdę przestaję. 

Dużo zmian takich wewnątrz. Jebnięcie, po 10 mcach budującego spokoju. I odbudowa... 

Gwiazdka przyniosła mi między innymi wymarzony planer. Wymarzony. A nie lubię planerów, naprawdę. Nie cierpię wypisywać planów i dokonań. Jest to jakaś ułuda i abstrakcja, w ogóle nie pomocna. Tymczasem wczoraj usiadłam, i odnotowałam 20 punktów. 

20 punktów tylko na ten jeden miesiąc, i każdy ważny. Dziwne uczucie. 

Hej hop, dzień dobry, parzysty roku. Obym dała radę, bo to ważny rok. 

 


09:06, seuleriels
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 18 grudnia 2017

Kurczę.

Byliśmy na roratach. Tzn. ja byłam z Kubim. Wylosowali go, przyniósł Maryjkę do domu... I zapomniał iść po obrazek. :/ To znaczy poszedł, ale zbyt późno. Proboszcz go odesłał do wikarego, a ten już usiadł w konfesjonale i nie zdążył. Ech. Przykro mu było. Może dostanie jeszcze. ?

Ruszyłam do tej spowiedzi, przyczaiłam księdza rekolekcjonistę. I co... ? Nie wiem. Czuję taki niedosyt. Nie czuję zmiany. Wszystko za szybkie i zbyt proste ... Czego ja właściwie oczekuję? 

Wchodzę do domu... Mężowski się rzuca, rozradowany, wpycha mnie do kąta i szepcze. ! Że on teraz już natychmiast zabiera Kubcia do kina. Bo takie widzimisię go dopadło, no. I czy ja się zgadzam i takie tam. Oczywiście miałam 10 NIE a wyszło, że tak. Pojechali. Miało być inaczej - w dzień, i w ogóle. A nie, że tak późno. No ale pojechali, i Kubi niespodziankę będzie miał, marzenia spelnienie, kazałam mężowskiemu chusteczki zabrać. 

Ech. 

Lepię uszka od rana. Cięgle COŚ mi przeszkadza ... Posprzątałam, obiad zrobiłam, i tyle. Uszka leżą, w mojej głowie leżą. 

Jeszcze jutro, a w środę moja matka przyjeżdża, i Lusia ma koncert kolęd. Od czwartku mam małą w domu czyli nic już nie załatwię. Ech. 

 

Ech, ech i ech. 

Myślicie, że mamy prezenty podchoinkowe ........ Eche. Tylko jeden wielki wspólny. Reszta ... W głowie. 

 


19:32, seuleriels
Link Dodaj komentarz »

Te pierwsze ogólne, drugie dla kinderów.

Ja mam chyba problemy z fizjonomią. 

Organizator: 'no, widzę twoją minę'. 'Widzę twój uśmiech'. 'Ta mina mówi wszystko'. 

Do jasnej anielki. ;p 

Ogólnie to był niezły wycisk. Nauczyłam się fajnego przejścia. A przez brzuszki z panem emerytem nie mogę trochę jeszcze się skulać z łóżka. ;p

-'Ale że dobrze to robię? -'Tak, no tak! No taaak, to nie jest trudne. 

Bobaszy wzięły udział w zawodach, każde w swojej kategorii, a kategorie były 4. Lolka była w grupie do lat 7. Kubi chyba do 10. I oboje zajęli pierwsze, złociszowe miejsca. Mamy pierwsze medale, puchar i najważniejsze: darmowe wejście na ceremonię wręczania stopni w czerwcu. Mega fajnie, bo to jednak trochę kosztuje. 

Po wszystkim pojechaliśmy do bawialni na urodzinki. I była to najspokojniejsza bawialniana impreza na jakiej byłam. Klimat, zero wrzasków i innych ... Tylko animatorki jakieś takie 'za karę'. 

Kolacja u znajomych i dooom. 

W niedzielę odpoczywaliśmy, zrobiłam stroik w końcu! A do 21.30 dzieciuszki siedziały nad kartkami świątecznymi. Dziś poszły w obieg. ;3

 

Lepię sobie uszka, więc na obiad przy okazji będą łazanki. ;p Pomału klaruje mi się świąteczne menu. Nie mam trudno, bo Święta spędzamy sobie w 4. ^^ jednak chcę sie dobrze przygotować i porobić zapasy na te całe 3 dni.  

Wymyśliłam rybki - karp ( z chrzanowym sosikiem) i wstępnie chyba sola. Jedna po grecku na pewno. Oczywiście barszczyk na moim zakwasie, więc dumam nad sałatką z kiszonych buraczków. Sałatka jarzynowa. Bigosik. Pierożki. Pieczone mięsko dwa rodzaje. I śledziki, może w sosie czosnkowym - proste i pyszne.  

Z ciast chyba miodownik i murzynek, choć mama mi truje o pierniku karmelowym......... Staropolskiego nie będzie, bo nikt u mnie nie przepada poza mną. Ciasteczka serowe ze skórką pomarańczową. Kompociki dwa, z suszu i owocowy. 

Do soboty musi być. !!!

 

 

Dzień spowiedzi dziś. :x

11:09, seuleriels
Link Dodaj komentarz »
piątek, 15 grudnia 2017

W sumie pierwszy raz poszłam. 

Nigdy nie musiałam. Nie potrzebowałam. 

A teraz owszem. Po tej dłuższej Kubciowej nieobecności, i po prostu czułam, że muszę. 

Odzyskałam pożyczone ksiażki (o himalaistach). 

Zobaczyłam dwa bardzo dobrze napisane testy. Z matmy i polaka. I pierwsze pytanie:

- według pani, w czym K jest lepszy? m czy p? 

- w niczym nie jest lepszy. Ogarnia matmę i polski równo. 

Czy K był kiedykolwiek wyróżniony? 1,2 klasa, przedszkole ... ? 

- nigdy. 

Niepojęte. Niepojęte to jest dla pani. 

Dowiedziałam się, że: K się wyróżnia. Zachowaniem i tym co potrafi. Jest aktywny i przynosi mnóstwo ciekawostek przyrodniczych, historycznych, o świecie po prostu. Mamy wybitny dziennik rodziny, jest b zdolny manualnie. No i zagadka taka. Pani myśli, obserwuje, a na wnioski przyjdzie czas wiosną. 

Sprawa jest jedna: jak to możliwe, że nikt nie ogarnął takiego potencjału. Że klasyfikowali go jako przeciętniaka. Dobrego, ale nie za bardzo.  

 

Mamy super wychowawcę. Dobrego pedagoga. I nie dlatego, że wychwaliła me dziecię pod niebiosa. W sumie nawet nie moge powiedzieć, że to było chwalenie. ZAUWAŻYŁA me dziecię. Patrzę z dystansu, bo mam i to z dużą rezerwą. 

W końcu nauczyciel zgodził się z nami. Widzi to wszystko, co my rodzice -> nie wiedząc co tak naprawdę my sądzimy. ;)

K nie będzie też już siedział sam w ławce. Ta decyzja była trudna, bo ponoć pani jest pod wrażeniem jego organizacji przestrzeni. Usiądzie sobie z kolegą z niedosłuchem. K jest prze szczęśliwy, bo już od jakiegoś czasu 'miałczał', że mu samemu źle. 

Podeszłam też do pani od angielskiego. Bardzo ... szybka, miła, wyluzowana, zdystansowana. Jest świetnie, patrzymy w przód - nie wstecz. No i ok. 

Test z Azji Kubci zda sobie ustnie. 

 

;3

 

Odbalonowujemy domek i pomału uświąteczniamy. 

 

 

Ostatnie 2 dni miałam Lusieńkę w domu. Odpoczywała sobie, z ciuteńkim katarem. Wczoraj 3/4 dnia przeleżała w łóżeczku. Naprawdę leżała. Popołudniu pojechaliśmy na trening, no i rano bardzo chętnie poszła już do przedszkola. A ja - na zakupy ...... 

Może w końcu usiądę do stroików, do tego wszystkiego. Może ... 

 

19:08, seuleriels
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 14 grudnia 2017

Spojlerowo, ostrzegam. 

 

Kinooooooo. Kino kino kino! Bilety kupiliśmy chyba we wrześniu. *_* Ostatni Jedi, oczywiście. 

 

Dziecię mi przypomniało, jak odbierałam ze szkoły, że dziś są przymiarki komunijne w szkole. 18.30, a my 19.20 seans. 

Wrobiliśmy teściową, a co. Spacerek mieli. Okazało się, że spotkała w szkole swoje koleżanki z dawnych lat, a ta taka naj, to babcia najlepszego przyjaciela Kubcia.

 

My się pobujaliśmy,pooglądaliśmy podchoinkowe klocki po czym zamówiliśmy je przez neta. Popijając czekoladę u Wedla zagryzaną naleśnikami z mascarpone i wiśniami. ! Co za rozkosz, te naleśniki! Ja z tym mascarpone oszaleję ostatnio. A zdecydowanie dieta by mi się przydała. :< Załóżmy, że do końca roku jeszcze sobie pozwolę. ;p Pierwszy raz zamówiłam białą. Jakoś tak jak do jeża podchodzę do takowej. Uwielbiam gorzką i deserową, mężowski mleczną. A ta biała z miodem pitnym, bita śmietaną i karmelem nas urzekła.

Pierwszy raz też to JA wyganiałam mężowskiego z księgarni. Skubany, nie omieszkał: 'ale wiesz czym sie różnimy? Ja wychodze po pierwszym ostrzeżeniu'. 

 

Jak dotarliśmy do kina, to już były tłumy. Długa kolejka, ale sprawnie szła. Postanowiliśmy jeszcze te nachosy. ;p I jak to tak, bez coli, star warsy. Czadowe ludziki poprzebierane chodziły wszędzie. ! R2, Maul i cała reszta, no boscy. Można było sobie foci porobić, jak ktoś zdążył. Plakaty mamy dwa, i nowe okulary - całkiem fajne, inne takie. 

 

Czo dalej. Sam film: warto było czekać. ! Warto. Byłam pewna, że po Łotrze ciężko będzie mnie zachwycić. Och jak bardzo się myliłam. Moc i magia, magia i moc ... I Leia, dużo Lei. I Luk się objawił, wystarczająco. Yoda zrobił przedstawienie. ;3 Chewbacca i inne stworki, ptaszęta. Kubciowi się spodoba, jak pójdzie z tatą (a pójdzie).

Łezka poleciała, a jakże. Pomyślałam sobie, jak jedna chwila zwątpienia w nasze dziecię, w naszego młodego ucznia, może zaważyć na całej jego przyszłości. 

Pięknie się skończyło. Bardzo po mojemu.

 

 

12:28, seuleriels
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 11 grudnia 2017

Urodzinowo-mikołajkowy. 

Co zrobić, tak nam się to zbiega, i zbiegać będzie. 

Prezenty, myślę, wymarzone i trafione, naprawdę. Jeden dubel nam się trafił, pierwszy raz w życiu.

Mikołajowi upiekliśmy ciasteczka, w tym roku o dziwo, cały dzień wcześniej. ! Pierniczki lukrowane, najkolorowsze. Popił mleczkiem, zabrał listy - dłuuuugie, okraszone ślicznymi rysunkami (Lolka narysowała Mikołaja-Araba) i obiecał dostarczyć je Gwiazdce. ;) Zostawił paczuszki ze słodyczami, drobnymi zabawkami, grami, książeczkami... 

Wczoraj odbyło się ostatnie już świętowanie, odkładane tak długo przez chorobę Kubcia. Goście przybyli w komplecie, i bawiliśmy się caaałe 3 godziny. Misja zakończona, wszyscy szczęśliwi, ja dumna, że przeżyłam. I że nasz domek przeżył. I że koteł przeżył. 

Zrobiłam czekoladowy torcik, dość prosty, a szczerze mówiąc jeden z najlepszych tortów jakie w życiu uczyniłam. No mniamo. Największym hitem był balonowy dart. Było im mało, na następną zabawę muszę zrobić co najmniej dwa. ! 

 

No, to podsumowałam. Wielkimi krokami do Świąt. <3

Wczoraj K dostał swój komunijny medalik ...

 

A ja chyba sobie będę musiała sprawić medalik - św Benedykta ...........

 

 

***

Buniek ruszył do szkoły, Lolcia przygotowuje się do koncertu kolęd. 

Siedzę i załamuję się. Bo nie umiemy całkiem wyzdrowieć. :<

 

 


09:49, seuleriels
Link Komentarze (7) »
piątek, 08 grudnia 2017

 

Wracamy do żywych.

Wczoraj pomknęliśmy w końcu na trening. Mikołajkowy, więc dużo rozgrzewkowych zabaw w czapeczkach. Wzięło mnie na dokumentację wydarzeń, i całe szczęście. Oglądam i płaczę ze śmiechu. Minęłam się z powołaniem, nieskromnie mówiąc. Ujęcia mistrzowskie, na wieczną, oby, pamiątkę. <3

Jak się podzieliliśmy grupowo (dzieciaki vs starsi), to my sobie wyprosiliśmy u naszego prowadzącego lekcję muzyczną. ;D Fajnie, bo pierwszy raz ktoś mi wyjaśnił poszczególne części birimbałka, jak się nazywają po portugalsku. Tzn mężowski pewnie kiedyś gadał, ale kto by go tam WTEDY słuchał. ;p Ta lekcja nie skończyła się dobrze, bo pomijając że jako tako na pandeiro zagrałam, to solówka którą musiałam odstawić raczej nie była mistrzowska. xD 

A tak w ogóle, to mam regres, ale nie chciałam o smutach. Gdzieś mnie to kuje i uwiera... Trzymają mnie te śmiechy, ten element wspólnie spędzonego czasu i rozrywki. Utknęłam, bardziej w głowie. A jak wiadomo, głowa przekłada się na resztę ... Może to ta długa nieobecność, a może coś więcej. Wszystko wokół jest moją demotywacją. Takie wszystko, co poza nami. Nie umiem wyjaśnić, trudno.

W ramach tytułu, muszę opisać 15 minut, w ciągu których spartoliliśmy tyle, ile nie przez ostatnie kilka miesięcy.

 Junior zagubił bidon. No nie ma nigdzie, trudno. Mówię, że wyjdziemy wcześniej, to się kupi wodę. Chillujemy sobie w najlepsze, całą 4. I pół godziny przed wyjściem mężowski mówi: to ja wezmę K i pójdziemy po to picie. Poszli. (odbić gyma, a jakże) Wszystko gotowe miałam, ja i dzieci. Spakowani, Luśka miała tylko getry ciepłe wciągnąć.

Wchodzą o 17.

Mężowski: ubierajcie się, ja jestem nie spakowany.

K: O nie, hjuston mamy problem !

Patrzę i nie wierzę, po przedpokoju rozdeptane psie (raczej) kupsko.

Ja: Szliście po trawie?!!! - ciśnienie 490

K: tata szedł! a ja za nim przecież

Więc jadę. Tyle razy mówię, że nie łazimy po trawie. W dodatku w ciemności !!! Motyla noga i do jasnej anielki (chciałabym).

K: ale to tata!

Ja: ok, ty go poprowadziłeś, ty sprzątasz.

Mężowski: ja nie, bo ja sie muszę spakować. Poza tym mogę chodzić po trawie, bo w g. wdepnie sie raz na milion przypadków.

Klnę pod nosem i sprzątam, bo przecież już naprawdę musimy jechać. Wysłałam małego na dół żeby te buty przeczyścił ... Tylko zapomniałam że jest już ciemno. Wrócił, stoi pod drzwiami i rzecze:

K: ale mamo, ja się boję ciemności.

Ja: !!!!!!!

Idę do łazienki umoczyć szmate pod prysznicem.  (nie mamy jeszcze umywalki) Niefortunnie wcisnęłam przycisk od deszczówki, a jakże.

FUUUUUUUCK!!!!

Moja cała mokra głowa.

Wytarłam tą podłogę, odkaziłam czym się dało. Podłączam suszarkę. Luśka w tym czasie zamiast się ubierać, wlazła pod łózko. xD  Mężowski lata biega i się pakuje.

Chciał wziąć radio. Zahaczył kabel o lampę, ta spadła i się rozbiła.

Wyszłam. Słyszę jak zbiera szczątki naszej ukochanej nocnej lampki. Wygrzebaliśmy się. Jedziemy. W ciszy. 15 po piątej.

Pierwszy odzywa się mężowski:

- gdyby Mil się ubierała, a nie chowała pod łóżko, to lampa by się nie zbiła. To wszystko przez nią.

Ja: o nie mój drogi. Lampa nie zbiła się przez Mil tylko dlatego, że kabel od radia o nią zahaczył. A ty zawiniłeś, bo jedyny nie byłes spakowany i wszystko na hurra.

Cisza, długa cisza. Siedzi i kmini pewnie, ja zbieram myśli.

Mężowski:  bob był w szafce w pracy. (szukał go dziś rano) A w ogóle, pamiętasz boba? ty mi go dałaś. (... i zaczyna historię o bobie, którego ja mu dałam, a jest to jedyny prezent ode mnie, którego za chiny nie pamiętam (okoliczności), i którego od 10 lat nosi przy swoich kluczach. I co, nagle wszystko gra.

Daję słowo, 10 mcy temu byśmy się pożarli. Nie odzywalibyśmy się albo nie wiem co. Zwłaszcza, że już się ścięliśmy tego samego dnia, przed południem.

I nikt mi nie powie, że nie warto ...

 

 

***

 

 

A dziś w końcu byliśmy na roratach. Uff. ^^  

19:01, seuleriels
Link Komentarze (2) »
środa, 29 listopada 2017

6 lat temu o tej porze okupowaliśmy porodówkę. 

Malutki, dwuletni Kubuń stał przy oknie, na podstawionej przez babcie pufce. W golfiku, wełnianym sweterku i trzech parach ciepłych skarpet. Jeszcze dziś piejemy ze śmiechu jak sobie przypomnimy te wielkie stopy. :P

Witaliśmy cię w strachu, maleńka. Bo nie płakałaś, a twoja skórka była biała jak śnieg. O imieniu zdecydował braciszek, choć dziś myślę, że żadne imię nie zmieni układu gwiazd. Jego delikatne brzmienie nie wpłynęło na złagodzenie 'zapisanego' charakterku. Dla mnie jesteś wspaniałą dziewczynką. Często nam trudno, bo kto by pomyślał że przyjdzie nam zostać rodzicami hajnidka. Czy my w ogóle byliśmy gotowi na taka niespodziankę od życia? ;p Zachwycasz nas tak często jak przerażasz. Ja cię kocham strasznie, braciszek uwielbia (w końcu nosisz go na rękach), a tatuś ma dla ciebie wyjątkowe miejsce w serduszku. Które rozkwita, rozkwita każdego dnia. 

 

Oboje nas zmieniacie. I są to najlepsze zmiany jakich można doświadczyć w życiu. 

11:21, seuleriels
Link Komentarze (2) »

 Sen miałam, taki realistyczny. Że rodzę. :|

 

8 lat minęło, a ja pamiętam nasze powitanie tak dokładnie ...

Kryształeczku nasz. Jak tu inaczej napisać? Jest w tobie coś tak wyjątkowego. Roztapiasz serca. Stajesz w obronie kolegów. Kochasz zwierzęta i marzysz żeby być opiekunem lasu. Jednocześnie potrafisz być żywiołem i gagatkiem jakich mało. Dbasz o moją formę wrabiając mnie w pompeczki na treningach. Przynosisz piątale i nie tylko. A nawet ta jedna jedyna dwója z dyktanda, jest urocza. ;p

Tak bardzo cię kochamy. <333

 

 

 

***

Po akcji z okiem było ok. Do niedzieli wieczór. Stanął obok mnie w pokoju, tuż przed snem. I świszczy. Każdy jeden oddech to była walka. 

Żaden człowiek nie powinien tak chorować. :< Z ventolinem dotrwaliśmy poranka, a lekarka, która zwykle osłuchiwała go dobre pare minut, obracając, oklepując, itp, itd - po 2 sekundach odrzuciła stetoskop. Ziemia mi uciekła jak zobaczyłam jej wyraz twarzy. 

Ostre zapalenie, obturacja. Brak przestrzeni na powietrze. 

 

Dlaczego, dlaczego, dlaczego? ;( 


Cały dzień mamy rozpisany, co do minutki. I walczymy. O zdrówko. I modlimy, o brak powikłań. :<

11:09, seuleriels
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 78
| < Styczeń 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31